wtorek, 8 lipca 2008

"Sorry doesn't buy"




Na lotnisku upewniam sie u celnika czy aby na pewno jestesmy w Kambodzy. Pan niemilym burknieciem wskazuje na piekna pieczatke w moim paszporcie. I jest to ostatnie burkiniecie jakie uslysze w tym kraju. Kambodza zaskakuje pieknym i czystym lotniskiem w Siem Reap. Witaja nas usmiechnieci kierowcy tuk-tukow i taksowek. Ich skora jest o wiele ciemniejsza niz u Wietnamczykow. Maja tez silne i niepowtarzalne rysy oraz genetycznie wklejony usmiech. O tym, ze jeszcze 10 lat temu panowal tu rezim czerwonokhmerski mamy sie przekonac gdzie indziej niz w Siem Reap, ktore okazuje sie byc jednym wielkim Las Vegas, mekka rozrywkowej mlodziezy z bogatej Europy. Nasz piekny hotelik za 10$ lezy na szczescie w zacisznym miejscu, otoczony ogrodem pelnym kwiatow, drzew bambusowtych i oczek wodnych.

O 6h30 budzimy sie i cieszy mnie nie tylko calkowicie przespana noc bez koszmarow, ale przede wszystkim fakt, ze spadla mi temperatura i gardlo mniej daje sie we znaki. Naturalnie nie obylo sie bez konsekwencji ciaglej zmiany temperatury powietrza. Wchodzimy do samolotu - ziab, do taksowki - lodowka, a na zewnatrz 40 stopni i szok termiczny. Gotowi na kolejne wrazenia ruszamy na podboj Angkor. Nasz kierowca tuk-tuka Sei jest oczywiscie najmilszym pod sloncem czlowiekiem, niesmialym i wiecznie usmiechnietym. Mowi tez po angielsku jak wszyscy tutaj. Pozniej okaze sie, ze niektorzy mowia nawet po polsku, jak mala dziewczyna probujaca sprzedac Mackowi wielkie spodnie-majty w stylu khemrskim.

Angor przechodzi nasze najsmielsze wyobrazenia. Swiatynie powalaja swoim majestatem i wprawiaja w zadume najmniej romantyczne dusze. Nie sposob przejsc obok nich obojetnie nie wyobrazajac sobie jak wygladalo Imperium dziewiec wiekow temu. Angkor Thom liczyl juz wtedy milion mieszkancow, podczas gdy Londyn byl malym Leborkiem liczacym zaledwie 50 000 ludzi. Podrozujemy tak od swiatyni do swiatyni, zauroczeni atmosfera miejsca. Wokol jest tylko piekna przyroda, a inni turysci o dziwo staraja sie ja szanowac.

Na obiad zapraszamy Seja do restauracji do ktorej nas zawiozl, ale on stanowczo i z usmiechem odmawia. Wychodzac do toalety, ktora znajduje sie na podworku, zauwazam male plastykowe krzeselka i prymitywna, lecz dobrze nam znana kuchnie. Wracajc do tuk-tuka zagaduje Seja i pytam czy nastepnym razem nie mozemy zjesc wlasnie w tym miejscu, a nie w snobistycznej restauracji. Na to on wzdycha i konspiracyjnym tonem oznajmia : "Usiadzcie. Musze wam cos powiedziec". Okazuje sie, ze Sej i jego odpowiednicy dostaja obiad gratis, gdy przywioza tutaj turystow. Jego szczerosc i prostolinijnosc rozbrajaja nas i smiejac sie wszyscy troje ruszamy dalej w droge.

Na sciezce prowadzacej do kazdej swiatyni rytm wybijaja mantry proszacych dzieci. Kazde z nich pragnie sprzedac nam cos za dolara, cos czego naturalnie wlasnie teraz nie potrzebujemy. Bieda najubozszych w Kambodzy nie snila sie nam Europejczykom w najgorszych koszmarach. Staramy sie wiec milo dziekowac za milion kolorowych chust, przewodnikow i spodni, a i tak dajemy sie nacignac na jakies kilkanascie dolarow. Nawet nie patrzymy im w smutne oczy. Jest to widok lamiacy serca. Czasem udaje sie zagadac jedna lub dwie osoby i wtedy dowiadujemy sie ciekawych rzeczy od gadatliwych i przyjacielskich sprzedawcow. Wiekszosci jednak przepraszajac dziekujemy. Na co slyszymy ich smutne: "Sorry doesn't buy".

1 komentarz:

Lotowica pisze...

Kiedyś uczyłam się owszystkich pięknych świątyniach Laos Kambodży i Tajlandii.Pochylona wiele dni nad książką myślałam ,że trzeba mieć niesamowite szczęście by je zobaczyć, odkryć, dotknąć . A teraz są tam moje robaczki :) ze Słupska , dzielnie przemierzają dżunglę , wyciągają pijawki z nóg i śpią na podłodze i chłodzą się w cieniu kamiennych posągów.