środa, 2 lipca 2008

May I have you?


Na poczatek mala errata. To nieprawda, ze prawie nikt nie mowi w Tajlandii po angielsku. Jest to jednak angielski, ktory odbiera czasem mowe. Dzwoniac na recepcje hotelowa pan natychmiast stawia nam bardzo konkretne pytanie: "May I have you?" na ktore nie bardzo wiadomo co odpowiedziec. Na szczescie i tu mamy duze doswiadczenie. Badzmy szczerzy, angielski w Brukseli to raczej 'pigeon english', a nie wielka literatura. Moja szefowa np. przed kazdym imieniem czy nazwa panstwa dodaje rodzajnik okreslony "the". Gdy the Ania i the Maciek opuszczaja the Belgium, przestawiaja sie natychmiast na jezyk prosty i "to the point". Sami zapozyczamy slowotworstwo od taksowkarzy mowiac, ze bedzie tylko "one go" :) I nie szokuje nas juz usmiechnieta stewardessa, ktora nachyla sie pytajac: "What do you want?", a w wersji bardziej kulturalnej "What do you want, Sir?". Podobnie z serdecznym : "Get out of the car" lub rozbrajajacym "Buy for me please". Na calym swiecie ludzie ucza sie angielskiego z telewizji. Nasze slownictwo i styl zaleza od filmow jakie ogladamy- action, romance czy comedy :)

Dzis czas sie dla nas zatrzymal. Jestesmy w Laosie, otoczeni totalna dzicza. Mieszkamy w malowniczym miasteczku Luang Prabang z ktorego chcemy zrobic wypady na trekking i nocowac w gorskich wioskach mniejszosci etnicznych. W tej czesci Laosu Nowa Zelandia, Unesco oraz miasto Prabang chroni tutejsza kulture dotujac ekoturystyke. Jest to niesamowity sposob na podrozowanie, gdzie turysci staraja sie nie zaklocac zycia tubylcom, a i oni w zwiazku z tym nie sa nachalni i nastawieni na czysty zysk. Poza tym Laotanczycy sa skromni, usmiechnieci i wyciszeni. Maja wspaniala kuchnie i sa bardzo goscinni. Dopiero dzis czuje ze jestem na wakacjach. Zdjelam zegarek, buty przed kawiarenka internetowa (taki zwyczaj jak polskie malomiasteczkowe proszenie o sciaganie butow ;) oba staram sie wiec szanowac) i czuje jak laza po mnie i podgryzaja male mrowki.

Jest bosko. Czasem tylko przeszywa mnie dreszcz na wspomnienie ksiazki, ktora widzialam w ksiegarni w Bangkoku - "Zycie bez jutra". Niewinna kobieta, ktora dostala 20-letni wyrok pozbawienia wolnosci, gdyz wrzucono jej do torby na lotnisku narkotyki. Od 2004 odsiaduje wyrok w najgorszym z mozliwych wiezien w Indonezji.
Kiedy w samolocie wreczono nam formularze do odprawy celnej, na chwile stanelo mi serce. Kara smierci za posiadanie, przemycanie czy handlowanie narkotykami!!!!

Na koniec cos dla Magdy M. i nie tylko. Fallusy wedlug znajomej stragarki Tajki przynosza szczescie i pieniadze :))) Zbieram zamowienia na drewniane, do postawienia na telewizorze od tych, ktorzy sa zainteresowani. Pani gwarantuje natychmiastowe dzialanie.

I na sam koniec. Szczesliwa przyszlosc w Tajlandii kosztuje tylko 600 Bathow. :)

1 komentarz:

Lotowica pisze...

Napiszę krótko : jutro bankowe zakwasy na brzuchu od śmiania się :)) Fantastyczny opis Anusia. I love You pisareczko Ty moja kochana.