poniedziałek, 14 lipca 2008

MUCHsli





Znowu leze poparzona sloncem, tym razem od pasa w gore. Marzy mi sie wielka wanna jogurtu w ktorej moglabym sie zanurzyc po szyje. Maciek moglby posypac mnie wtedy chrupkami i zjesc na sniadanie jako znakomite MUCHsli.

Leze pod wielka palma, czytam, pisze i wspominam. Ubrana od stop do glow w wielkie gacie – slynne khmerskie spodnie pozyczone od Macka. Kupilismy je podczas shoppingu last minute w Siem Reap. Zaraz potem tuktukiem gnalismy na lotnisko, by udac sie w kierunku zupelnie nieoczekiwanej destynacji. Lot na wyspe Koh Samui okazal sie byc z przesiadka w Bangkoku, gdzie zostalismy uprzejmie poproszeni o zorganizowanie sobie wizy w ciagu 15 minut. Czy grozilo to spoznieniem na samolot za 300 Euro? Naturalnie. Panie jednak wzruszaly ramionami mowiac: ”What to do? What to do?”. Na nasze szczescie kolejka byla mala, a urzednicy czepiali sie tylko przez 5 minut o to, ze nie mamy zarezerwowanego hotelu na wyspie. Szczesliwi, wsiedlismy do tego samego samolotu co poprzednio, ale jakze bogatsi o nowe przezycie. Wiadomo przeciez, ze pospiech jest tym, czego nam w zyciu najbardziej brakuje.


Gdy dotarlismy na Samui, kraj usmiechu znowu nas nim powalil. Kobieta prowadzaca taksowke miala za dodatkowa oplata zatrzymac sie w kilku resortach, pozwalajac nam dokonac wyboru. Tymczasem z zimna krwia zostawila nas na totalnym pustkowiu, gdzie nie jezdzily nawet tuktuki. Usmiechnij sie. Jestes w ukrytej kamerze!
Czekalismy wiec z wielkimi plecakami i liczac, ze jakims cudem zlapiemy taksowke. Zaplacilismy za nia drugie tyle i dowiadzielismy sie przy okazji, ze na wyspie nie wlacza sie taksometru, bo benzyna jest podobno za droga. I wszystko jasne!

Na kolejnej plazy dostalismy pelna dawke kakafonii, oczoplasu od stroboskopow i neonow oraz pokoj w obskornym motelu Lucky Mother, gdzie mielismy zaszczyt byc jej lucky guests. W recepcji na placu budowy, tuz przy lezakach, gdzie spragnieni relaksu goscie oddawali sie tajskim masazom, opryskliwa i znudzona Lucky Mother siedziala rowalona na fotelu, skubiac przez caly czas slone orzeszki. Jej bungalow pelen byl kotow, ktore musialy jej wlazic na glowie, wyczuwajac chory organ.

Wieczorem poszlismy do McDonalda i bylo to naprawde najlepsze jedzenie w wesolym miasteczku, jakim jest "rajska plaza" Chaweng. Zamowilismy tez bez namyslu, niczym bilet do raju, miejsce na poranny prom w nadziei, ze zabierze nas tym razem na spokojna wyspe. Tego wieczora Maciej stal sie tez kobieta, ale jestem pewna, ze sam lepiej ode mnie to opisze.

I udalo sie! Jestesmy w uroczej zatoczce na wyspie Pha Ngan. Nie robimy absolutnie nic poza lezeniem na plazy, czytaniem, plywaniem i nurkowaniem (choc w moim przypadku narazie nic poza lezeniem w cieniu). Ludzie sa tu spokojni - atmosfera jakby nikogo nie bylo. I nawet dostrzegam czasem niesmialy usmiech oschlych, a moze po prostu zdystansowanych Tajow.

1 komentarz:

Lotowica pisze...

Nie za dobrze wam robaczki ? :))) Ależ ja wam zazdroszczę :) Odpoczywajcie , odpoczywajcie jak najwięcej :))