niedziela, 13 lipca 2008

In Cambodia it's like that




Wczoraj byl nasz ostatni dzien w Kambodzy i do samego konca Kambodzanie potwierdzali, ze sa "do rany przyloz" lub jak czule mowi o nich Ania - "sweethearts". Przedwczoraj poznym wieczorem zdalismy sobie sprawe z braku wentylatora w pokoju, bez ktorego trudno byloby nam spokojnie przespac noc. W jakimkolwiek z europejskich hoteli nocna zmiana w recepcji kazalaby poczekac z tym do rana, jednak nie tutaj. Dwoch takich usmiechnietych "sweethearts" w piec minut od zgloszenia, pukalo juz do naszych drzwi z wentylatorem i narzedziami, po czym spedzilismy razem pol godziny w ciemnosciach, smiejac sie wspolnie z prob jego zamontowania na scianie. Przy okazji dowiedzielismy sie, ze tydzien pracy w Kambodzy wynosi srednio siedem dni, zas w przypadku jednego z naszych nowych kolegow - 7 dni, przy 4 godzinach snu dziennie, gdyz zaraz po skonczonej "nocce" w hotelu idzie on pracowac na budowe. - In Cambodia it's like that - skwitowal krotko, choc trafnie swoj los.

Ich marzenia sa dla nas, wolnych i bogatych w porownaniu z nimi Europejczykow, Amerykanow, Australijczykow, bardziej kwestia wyborow zyciowych niz skrywanych pragnien. Recepcjonista chcialby miec 400 dolarow rocznie by pojsc na studia i zostac inzynierem, kelner - uzbierac 1000 dolarow na bilet do Kanady zas kierowca 3-kolowej taksowki - postawic jednopokojowy dom dla siebie, zony i dwojki dzieci.

Liczby z jednego z ostatnich wydan "Forum" tlumacza same za siebie taki stan rzeczy. 343 ministrow, 849 generalow, 30 tys. oficerow i 50 tys. podoficerow (na 15 tys. pozostalych zolnierzy!) utrzymuje sie ze srodkow budzetowych Kambodzy. Obrazy jakie widzielismy na ulicach samego tylko Siem Reap nie pozwalaja pozniej spac. Chociazby wtedy gdy wokol Leksusow lokalnych kacykow biegaja polnagie, brudne dzieci proszace o resztki z talerza, lub gdy niemal na kazdej ulicy zespoly muzyczne zlozone z ofiar min przeciwpiechotnych bez rak i nog, staraja sie godnie zarobic na zycie. Jedynie 10 z 40 dolarow jakie placilismy za wstep do swiatyn Angkor pozostaje w Angkor. Reszta "wyparowuje". Gdyby ktos mial watpliwosci gdzie, odsylam do statystyk powyzej.

Podobne sytuacje widzielismy juz kiedys na wlasnym podworku i co, i nic. Wielu Polakow nadal twierdzi ze kapitalizm jest beee, bo trzeba przeciez ciezko zapracowac na swoje, a chwale demokracji oddajemy 30-proc. frekwencja w wyborach. Do tego dochodzi polska martyrologia stosowana, w ktorej odczytujemy zrodel naszych obecnych nieszczesc grzebiac bez konca w przeszlosci - ze komuna, ze Niemcy, Rosjanie, II Wojna Swiatowa, bogaci co nakradli, Zydzi, zepsuty swiat Zachodu i bog wie co jeszcze... W Kambodzy Pol Pot i Czerwoni Khmerzy przez 20 lat wybili pol narodu, Amerykanie testowali niemal wszystkie rodzaje broni, a kraje oscienne na zmiane najezdzaly ja i pladrowaly. I co? I od Kambodzanskiego taksowkarza po skonczonej jezdzie uslysze "Niech Ci sie szczesci. Dziekuje, ze mnie wybrales!", a od polskiego na pytanie co nowego kraju - "Stara bida panie! Benzyna juz prawie po 5 zlotych, a w sejmie znowu sie piora!".

1 komentarz:

Lotowica pisze...

I tu jest święta racja im bardziej się komuś powodzi tym bardziej się mu wydaje, że może więcej i więcej, a jak dojście do nowego celu trwa za wolno to zaczyna narzekać , że mogłoby już być to "lepiej" jak chciał. Ja też już zauważam powoli,po praktykach w hotelu czy na pokładzie,że zazwyczaj najbardziej wdzięczni, mili i uśmiechnięci są Hindusi, Chińczycy, Meksykanie, Peruwiańczycy czy mieszkańcy czarnego lądu, u których panuje największa bieda w krajach. A Polacy? Polacy są tak pół na pół nigdy nie wiedzą czy się cieszyć czy płakać.