Idziemy przez dzungle waska sciezka, ktora co chwile ginie gdzies w zaroslach. Jest nas osemka - my, czworo Szwedow, przewodnik o imieniu Tui i jego pomocnik Ed. Dzungla jest niemilosiernie parna i goraca. Na dodatek miliony roslin, kwiatow i drzew wyrzucaja w powietrze morze zapachow, co nas odurza i dodatkowo odbiera sily. Przez pierwsza godzine wypijamy polowe dziennego zapasu wody, ktora powinna nam wystarczyc na 7 godzin marszu. Trudno sie jednak powstrzymac gdy organizm jak szalony wypaca litry wody probujac sie schlodzic. Nasza nierozwage ratuje fakt, iz we wsi w ktorej zatrzymujemy sie na lunch jest maly sklepik. Maja tu nawet Coca-Cole, przyniesiona w koszu na plecach z Luang Prabang, ktore jest juz 3 godziny marszu za nami. Cena, pol dolara za puszke wydaje sie byc smiesznie niska w porownaniu z trudem wlozonym w przytachanie jej tutaj.
Dzieci, ktore zbiegly sie juz na nasze przybycie, podekscytowane zabieraja od nas puste puszki i butelki, jakby byly to co najmniej najlepsze zabawki, ktore przynosimy im w prezencie. Wies jest niemal opustoszala nie liczac kur, kaczek i dzikich swin, ktore biegaja swobodnie pomiedzy domami. Dorosli juz od 7 rano przez srednio 12 godzin pracuja na polach ryzowych. Tak przez 7 dni w tygodniu, przez wieksza czesc roku - wszystko po to by zaspokoic absolutnie elementarne potrzeby.
Nikomu z nas nie chce sie isc dalej. Duchota troche opadla, ale za to z nieba leje sie zar. Na dodatek jedzenie jak zawsze rozleniwia. Przed nami drugie tyle drogi, tyle ze polaczonej ze wspinaczka. Ta czesc Laosu jest najbardziej zroznicowana pod wzgledem uksztaltowania terenu. Dzungla porasta niewysokie gory, poprzecinane wawazami, w ktorych wija sie rzeki i strumienie wpadajace pozniej do pobliskiego Mekongu. Calosc sprawia wrazenie rajskiej, choc nieprzystepnej krainy.
Slonce nie przestaje palic przez caly czas podchodzenia pod gore. Ani kreci sie w glowie z goraca. Mi plecak z aparatami wpija sie w ramiona, a spod niego splywa splywa rzeka potu. Czy aby na pewno musialem to wszystko brac ze soba? Musimy przyspieszyc bo w dali za nami zaczyna grzmiec i zbieraja sie deszczowe chmury. Nagle las rozbrzmiewa ogluszajacym dzwiekiem cykad, ktore obwieszczaja wszystkim zblizajaca sie monsunowa sciane wody. Chwile pozniej dociera do nas powiew orzezwiajacego wiatru. Kilka kilometrow od nas, po prawej stronie juz pada - szare smugi deszczu widac teraz wyraznie na tle soczystej zieleni tropikalnego lasu. Cykady juz ucichly. Znowu przyspieszamy. Do wioski docieramy tuz przed zapadnieciem zmroku, okolo godz. 19. Znow witaja nas machajace dzieci, wykrzykujac "Sa bai di", laotanskie "Dzien dobry", wypowiadane niezaleznie od pory dnia.
Wies jest duza, liczy jakies 80 domow. Nasz gospodarz, jak sie pozniej dowiemy - szef wioski, jako jedyny mieszka z rodzina w czesciowo murowanym domu. Reszta mieszkancow moze sobie pozwolic najwyzej na drewniany lub bambusowy dom na palach. Wlasnie w takiej "szopie" spimy tej nocy. Prowizoryczne pokoje, oddzielone od siebie jedynie bambusowa mata, skladaja sie z cienkiego materaca, koca i moskitiery opadajacej na lozko. Nie ma swiatla. Na cale szczescie wzielismy jednak latarke. Na kolacje jest tradycyjna laotanska zupa warzywna, ryz z warzywami i wieprzowna, a na deser ananas. Cudownie dopelnia smaku delikatne "Lao beer". Tropikalna ulewa, z ktora scigalismy sie na szlaku, dociera do wioski po koniec kolacji. Problematyczne staje sie nagle dotarcie do toalety po drugiej stronie drogi. Rezygnujemy wiec z mycia zebow tego wieczoru.
Wies budzi sie do zycia ok. 5 rano. Chor kogutow chyba przez godzine obwieszcza, ze to juz rano. Przyciskam glowe mocniej do poduszki, ale u sasiadow na caly regulator gra juz telewizor, a do "pokoju" przez szpary w scianach i podlodze dociera zapach paleniska i smazonego ryzu. Kusi mnie by wyjsc i sfotografowac budzaca sie do zycia wies, poki wiekszosc mieszkancow wyjdzie w pole. Zmeczenie poprzedniego dnia oraz perspektywa kilkugodzinnego marszu wzmagaja jednak poczucie sennosci. Zasypiam znowu plytkim snem.
Na sniadanie sa juz tradycyjnie dla nas w Azji jajka sadzone na grubej warstwie oleju. Jakos bowiem nie moge dac sie przekonac do zasmazanego ryzu lub makaronu o tej porze dnia, choc ze studenckich czasow pamietam, ze co niektorzy potrafili odsmazac rano kopytka na sniadanie.
Nocna ulewa zamienila dzungle w bagno. Zaczynam zalowac, ze nie ubralem butow trekkingowych bo sandaly slizgaja sie po wszechobecnej mazi. Zmieniam jednak zdanie gdy Peter, jeden ze Szwedow, gubi w blocie but i zostaje w samej skarpetce. Ania podenerwowana co chwila spryskuje stopy srodkiem na pijawki po tym jak jedna wygryzla jej wczoraj gustowna dziure w stopie, z ktorej nie moglismy zatamowac krwawienia. Las sie konczy i wychodzimy na polane. Na niej stoi z dziesiec bambusowych domow, wokol ktorych standardowo juz drepcze caly zwierzyniec. Jakies dzieci bawia sie wrzucajac kury na dach domu. Ptaki pieja oglupiale nie wiedzac jak zejsc. Nagle jak zjawa staje przed nami pol-nagi mezczyzna. Wymieniamy spojrzenia, usmiechamy sie, staramy sie jak zwykle przelamac nielatwe pierwsze lody. On jednak siada w kucki troche zawstydzony, jakby chcial sie przed nami schowac i ukryc brudne strzepy ubrania. Czlowiek zmuszony jest zredefiniowac pojecie ubostwa gdy widzi takie miejsca. Piec kur, kazda o wartosci 5 dolarow to najwiecej na ile moze sobie pozwolic przecietna rodzina. Swinia nie bez powodu oznacza w chinskim kalendarzu bogactwo - 30 dolarow to juz majatek. Krowa - 200 dolarow - nie widzielismy w tej wsi ani jednej...
Na nocleg docieramy ok. 16. Dla zabicia czasu gramy z Andreasem w pilke z chlopakami ze wsi. Nasz przewodnik twierdzi tymczasem, ze nikt nie chce nam sprzedac kury na kolacje. Tym razem jednak zaczynamy podejrzewac, ze to on dorabia do pensji oszczedzajac na jedzeniu. Po raz kolejny dostajemy wiec na kolacje kilka tlustych kawalkow wieprzowiny z grzybami i zupe warzywna. Do tego kleisty ryz, ktory je sie lepiac z niego kulki palcami i maczajac w sosie. Ananasow tez podobno zabraklo. Noc jest parna i niespokojna. Spimy wszyscy razem obok siebie na podlodze pokoju oddzieleni jedynie moskitierami.
Poranne "deja vu": koguty za oknem, grajacy telewizor (tyle ze juz w pokoju, w ktorym spimy), zapachy z kuchni i burzliwe rodzinne dyskusje od 6 rano. Ania spi jak zabita. Spogladam na nia z zazdroscia. Im blizej konca podrozy, tym mniej jedzenia. Na sniadanie jest juz tylko kleisty ryz, ktory maczamy w piekielnie ostrym chilli. Do tego kawa instant 3 w jednym.
Obok wsi przeplywa jeden z doplywow Mekongu i to nim mamy wrocic do Luang Prabang. Furgonetka z kajakami dociera na miejsce ok. 10 rano. Krotki kurs bezpieczenstwa, kamizelki i juz plyniemy. Obaj przewodnicy znikaja nam szybko z pola widzenia, choc podobno mielismy sie wszyscy trzymac razem. Peter z Sophia wywracaja dla zartow swoj kajak, Frida wyskakuje ostentacyjnie do wody. Przewodnikow jak nie bylo, tak nie ma.
Widoki przyprawiaja nas o zawrot glowy. Rzeka plynie leniwie pomiedzy wzgorzami porsnietymi tropikalnym lasem. Gdy przestajemy wioslowac, slyszymy ptaki w nadbrzeznych mokradlach.
Na zmiane pada cieply deszcz i wychodzi slonce. Przyplacimy to pozniej poparzeniem, jednak kto by sie teraz tym przejmowal...

1 komentarz:
Piszecie tak pięknie, że aż mi się robi duszno i czuję zapach ryżu :)) Jesteście wspaniałymi reporterami. Liczę na książkę
Prześlij komentarz