



"Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, skoro mnie nie zachwyca?" Takie mam właśnie gałkiewiczowskie myśli o Bangkoku w dniu naszego powrotu z wyspy. Stereotypowe myślenie o Tajach na podstawie kilku niemiłych przejażdżek taksówką staje pod znakiem zapytania zaraz po wyjściu z lotniska. Taryfiarz zabawia nas rozmową, PO ANGIELSKU, urokliwie chichocząc co kilka sekund. Nie wiem co brał ten pan, ale pewne jest to, że swoją sympatyczną osobą zmusił mnie do zweryfikowania kilku stereotypów. I czuję się głupio teraz, kiedy zrozumiałam co często kryje się za butą i arogancją tych ludzi. Na całym świecie zawód taksówkarza w znakomitej części wykonywany jest przez imigrantów lub prowincjuszy. Czy mało jest polskich taksówkarzy w Nowym Jorku? Przerażeni, próbują odnaleźć się w wielkomiejskim labiryncie. To ten strach tworzy barierę między nami, nie mówiąc już o barierze językowej. Nie raz udaje nam się później w Bangkoku nawiązać kontakt z nieśmiałym i spanikowanym kierowcą tylko dzięki temu, że rozpoznaliśmy laotańską muzykę której słuchał lub dopytując się o jego dzieci na zdjęciu.
Wracając do tego czy zachwyca. Bangkok rzuca mnie dziś na kolana. Nie tylko dlatego, że odkryliśmy "światynie Siamu", ulubione miejsce bananowej młodzieży Bangkoku. Dobrze, że stało się to pod koniec naszej podróży, bo inaczej spędzilibyśmy całe wakacje na zwiedzaniu ponad 20 domów handlowych, a każdy wielki jak Louvre.
Bangkok wspaniale łączy w sobie stare tradycje z nowoczesnością, szacunek dla starszych i kult młodości, wielkie świątynie i przyprawiające o zawrót głowy drapacze chmur. Tajowie zachwycają. Są ambitni, pracowici i uduchowieni. Większość z nich jest buddystami, dlatego, tak jak powiedział nam jeden dzielnicowy z Siamu, "Thai people - happy people". Nie przeżywają przeszłości, nie zamartwiają się przyszłością. Zyją tu i teraz, we wszystkim znajdując coś pozytywnego.
Zachwycają mnie kobiety w Tajlandii. Są piekne, zmysłowe i zadowolone z siebie. Tu nawet transseksualista wygląda lepiej niż ja przy największych staraniach. I zachwyca. Zachwyca mnie, że Tajowie w naturalny sposób znajdują miejsce dla takich ludzi w społeczeństwie. Buddyści uważają, że nie należy ich potępiać, lecz im pomóc. Wierzą, że dobre uczynki pozwolą im w nowym wcieleniu otrzymać ciało, które odpowiada ich duszy. Wierzą w to i oni sami i ich starania dostrzegam w ich wielkim uśmiechu. Społeczeństwa zachodnie mogłyby się od Tajów nauczyć próby zrozumienia i tolerancji, pozwolenia im na lepszy los niż tancerka na rurze czy prostytutka. Tu transseksualista może być nauczycielem. Nie mylić z transwerstytą dla którego często rola w kabarecie jest jego największym spełnieniem, a dla mnie radosną sztuką.
Zachwycają mnie kobiety wyzwolone, przebojowe, choć ich startu nie można porównać z naszym, europejskim. Takie jak Koy - piękna, drobna i energiczna. Dobrym angielskim i z wielkim wdziękiem wprowadza nas dziś w tajniki tajskiej kuchni. Po jakimś czasie dowiadujemy się, że jest muzułmanką, ma 28 lat i nie ma męża. Pochodzi z południowej prowincji, gdzie pomaga rodzicom prowadzić restaurację w czasie wakacji. W Bangkoku pracuje na nocną zmianę w hotelu, a w dzień rozkreca swój własny biznes - szkołę gotowania. Głośno jej kibicujemy i wyrażamy podziw dla jej pracowitości i ambicji. Niesamowite jest w niej połączenie kobiety wyzwolonej, nowoczesnej, a jednak silnie związanej z rodziną i dbającej o stare tradycje. Przy gotowaniu towarzyszy nam jej ciotka, urocza staruszka i jeszcze kilku krewnych. W tle leci tajska muzyka ludowa, a o składnikach i smakach Koy opowiada nam niczym tajski Hemingway. Jesteśmy oczarowani i pochłaniamy niewyobrażalne ilosci przygotowanych razem z nią potraw :) Tuż przed odlotem do domu rozpaczliwie szukamy składników w wielkim supermarkecie, by nie zapomnieć o niczym i przywieźć smaki Tajlandii do domu (www.originalthaicookingschool.com).
Na koniec niczym wisienka na torcie - masaż tajski. Ilu masażystów, tyle technik masażu. Ostatnio zachwycał nas masaż wieczorem na plaży, w domku na palach, przy rytmicznie uderzajacych o brzeg falach oceanu. Delikatny, relaksujący - nasze pożegnanie z wakacjami. Dziś patrzę na cierpiącego obok mnie Maćka i myślę, że "jak zachwyca, skoro nie zachwyca?" I słyszę syczenie męża i zadowoloną, rubaszną Tajkę która nie z troską pyta "Pain? Pain?", lecz po to, by jeszcze mocniej wbić w zbity mięsień swoje magiczne palce. Ja cierpię i Maciek cierpi. Babki rechoczą. Po dwóch godzinach tortur ledwo wybudzam Maćka z błogostanu. I jego i mnie zachwyca. I każdy mięsień zachwycony prosi o więcej. I jak pomyślę ile energii potrzeba by wymasować wielką blondynę, to mnie zachwyca ich siła i troska o moje ciało. Mogły przecież nas wymasować tak, by nie bolało.

1 komentarz:
Czy spróbowaliście masaż stopami? Liczę na to , że nauczyliście się i podpatrzyliście nie tylko jak się gotuje ale i jak masuje. Dlatego zapraszam do Warszawy :P moje obolałe plecy i żołądek już na Was czekają ;-))))
Prześlij komentarz