wtorek, 1 lipca 2008

Ayutthaya

Wyrwalismy sie dzis w koncu z Bangkoku. Musielismy tu zostac jeden dzien extra, bo samolot do Laosu wylatuje dopiero w srode, a wczoraj akurat dopadl nas drobny kryzys zwiazany z tym miejscem. Bangkok to dzungla. Mamy wrazenie, ze 12 milionow ludzi mieszka tu na sobie, zadeptuje sie, rozjezdza, tyle ze robi to z niesamowitym sobie buddyjskim spokojem. Prawdziwa to odmiana w stosunku do Belgii, gdzie dla wiekszosci brukselczykow dzien bez pyskowki to dzien stracony, przy czym kazda okazja jest dobra - sklep spozywczy, szewc czy srodek skrzyzowania...

Wracajac jednak do tematu - wyrwalismy sie dzis z wielkomiejskiego huku klkadzisiat kilometrow na polnoc do Ayutthaya, starej stolicy Tajlandii, pozwiedzac pozostalosci swiatyn z XIV w. Ania znanym jak zwykle obiecala, ze nas obudzi po czym wylaczyla rano wszystkie budziki i poszla dalej spac. Poranek byl wiec napiety, tak pod wzgledem szybkosci jedzonego sniadania jak i naszych relacji, przy czym i jedne i drugie dawaly jeszcze znac o sobie w pociagu. Rozluznienie na obu plaszczyznach nastapilo dopiero po znalezieniu dworcowej toalety w Ayutthaya. Z przykroscia musze tutaj nadmienic, ze tajskie jedzenie poki co mi nie sluzy :-(

Swiatynie zrobily na nas oszalamiajace wrazenie, a sa jak sie okazuje jedynie przedsmakiem tego, co czeka nas w Ankor Wat (oba kompleksy pochadza z czasow gdy Khmerzy panowali na obszarze od Kambodzy po Birme). Swiatynie burzono i odbudowywano na przestrzeni wiekow kilkukrotnie. Niektore same sie walily (takze po kilka razy), bo przekrzywiaja sie niemilosiernie. Mieszkancy Pizzy, dumni ze swojej wiezy, nabawiliby sie pewnie kompleksow widzac takie cuda. W tych ze swiatyn, ktore nie chyla sie jeszcze ku upadkowi po dzis dzien mieszkaja ubrani na pomaranczowo buddujscy mnisi. W tych tez swiatyniach spedzilismy najwiecej czasu robiac dokladnie to samo co patrzacy na nas z wysoka posagowy budda - czyli siedzac albo lezac na czerwonym dywanie. Spokoj i przytulnosc jaka tam panuje trudna jest do opisania i raczej jeszcze trudniejsza to napotkania w kosciolach chrzescijanskich. Laczy je pewnie ten sam Bog oraz kojacy chlod uderzajacy w twarz od progu gdy z nieba leje sie zar.

Wracamy do hotelu, bo musimy jutro wstac o 6. Tym razem ja nastawiam zegarki i ja ich pilnuje, bo przegapienie samolotu to troche wiekszy klopot niz pociagu osobowego.

Brak komentarzy: