Zostalem sam z plecakami, zaspany, wymeczony, z perspektywa spedzenia za chwile kolejnych 7 godzin w samolocie, zas Ania...
- Podobaja Ci sie moje oczy? - zapytala przysuwajac glowe do mojej na odleglosc 10 cm. - Podobaja - odpowiedzialem, probujac jednoczesnie dostrzec jakiekolwiek roznice, gdyz pytanie wydawalo sie byc z rodzaju podchwytliwych. - Tusz sliwkowy. Swietny prawda?
Nie wiem jaka sila lub moc kosmiczna sprawia, ze na kazdym lotnisku, wiekszej ulicy znanego lub nieznanego miasta lub zwyczajnie w przerwie na lunch powtarza sie ten sam rytual. Ona zauwazajac katem oka perfumerie, wyrusza na poszukiwanie, testowanie i wachanie kosmetykow ulubionych marek, ktore obydwoje znamy juz chyba na pamiec. Ja podazam za nia i staram sie omijac wzrokiem sprzedawczynie, ktore ostatnimi czasy dostrzegly w mezczyznach latwiejszych do urobienia klientow.
Tym razem jednak moja lowczyni nie wroci chyba z polowania z trofeum. Zniechecila ja wyraznie niemoznosc przeliczenia tutejszych cen na euro. Co za szkoda... Na dodatek wlasnie zaczeli wpuszczac pasazerow do naszego samolotu ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz