sobota, 19 lipca 2008

Czy Bangkok zachwyca?





"Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, skoro mnie nie zachwyca?" Takie  mam właśnie gałkiewiczowskie myśli o Bangkoku w dniu naszego powrotu z wyspy. Stereotypowe myślenie o Tajach na podstawie kilku niemiłych przejażdżek taksówką staje pod znakiem zapytania zaraz po wyjściu z lotniska. Taryfiarz zabawia nas rozmową, PO ANGIELSKU, urokliwie chichocząc co kilka sekund. Nie wiem co brał ten pan, ale pewne jest to, że swoją sympatyczną osobą zmusił mnie do zweryfikowania kilku stereotypów. I czuję się głupio teraz, kiedy zrozumiałam co często kryje się za butą i arogancją tych ludzi. Na całym świecie zawód taksówkarza w znakomitej części wykonywany jest przez imigrantów lub prowincjuszy. Czy mało jest polskich taksówkarzy w Nowym Jorku?  Przerażeni, próbują odnaleźć się w wielkomiejskim labiryncie. To ten strach tworzy barierę między nami, nie mówiąc już o barierze językowej. Nie raz udaje nam się później w Bangkoku nawiązać kontakt z nieśmiałym i spanikowanym kierowcą tylko dzięki temu, że rozpoznaliśmy laotańską muzykę której słuchał lub dopytując się o jego dzieci na zdjęciu.  

Wracając do tego czy zachwyca. Bangkok rzuca mnie dziś na kolana. Nie tylko dlatego, że odkryliśmy "światynie Siamu", ulubione miejsce bananowej młodzieży Bangkoku. Dobrze, że stało się to pod koniec naszej podróży, bo inaczej spędzilibyśmy całe wakacje na zwiedzaniu ponad 20 domów handlowych, a każdy wielki jak Louvre. 

Bangkok wspaniale łączy w sobie stare tradycje z nowoczesnością, szacunek dla starszych i kult młodości, wielkie świątynie i  przyprawiające o zawrót głowy drapacze chmur. Tajowie zachwycają. Są ambitni, pracowici i uduchowieni. Większość z nich jest buddystami, dlatego, tak jak powiedział nam jeden dzielnicowy z Siamu, "Thai people - happy people". Nie przeżywają przeszłości, nie zamartwiają się przyszłością. Zyją tu i teraz, we wszystkim znajdując coś pozytywnego. 

Zachwycają mnie kobiety w Tajlandii. Są piekne, zmysłowe i zadowolone z siebie. Tu nawet transseksualista wygląda lepiej niż ja przy największych staraniach. I zachwyca. Zachwyca mnie, że Tajowie w naturalny sposób znajdują miejsce dla takich ludzi w społeczeństwie. Buddyści uważają, że nie należy ich potępiać, lecz im pomóc. Wierzą, że dobre uczynki pozwolą im w nowym wcieleniu otrzymać ciało, które odpowiada ich duszy. Wierzą w to i oni sami i ich starania dostrzegam w ich wielkim uśmiechu. Społeczeństwa zachodnie mogłyby się od Tajów nauczyć próby zrozumienia i tolerancji, pozwolenia im na lepszy los niż tancerka na rurze czy prostytutka. Tu transseksualista może być nauczycielem. Nie mylić z transwerstytą dla którego często rola w kabarecie jest jego największym spełnieniem, a dla mnie radosną sztuką. 

Zachwycają mnie kobiety wyzwolone, przebojowe, choć ich startu nie można porównać z naszym, europejskim. Takie jak Koy - piękna, drobna i energiczna. Dobrym angielskim i z wielkim wdziękiem wprowadza nas dziś w tajniki tajskiej kuchni. Po jakimś czasie dowiadujemy się, że jest muzułmanką, ma 28 lat i nie ma męża. Pochodzi z południowej prowincji, gdzie pomaga rodzicom prowadzić restaurację w czasie wakacji. W Bangkoku pracuje na nocną zmianę w hotelu, a w dzień rozkreca swój własny biznes - szkołę gotowania. Głośno jej kibicujemy i wyrażamy podziw dla jej pracowitości i ambicji. Niesamowite jest w niej połączenie kobiety wyzwolonej, nowoczesnej, a jednak silnie związanej z rodziną i dbającej o stare tradycje. Przy gotowaniu towarzyszy nam jej ciotka, urocza staruszka i jeszcze kilku krewnych. W tle leci tajska muzyka ludowa, a o składnikach i smakach Koy opowiada nam niczym tajski Hemingway. Jesteśmy oczarowani i pochłaniamy niewyobrażalne ilosci przygotowanych razem z nią potraw :) Tuż przed odlotem do domu rozpaczliwie szukamy składników w wielkim supermarkecie, by nie zapomnieć o niczym i przywieźć smaki Tajlandii do domu (www.originalthaicookingschool.com).

Na koniec niczym wisienka na torcie - masaż tajski. Ilu masażystów, tyle technik masażu. Ostatnio zachwycał nas masaż wieczorem na plaży, w domku na palach, przy rytmicznie uderzajacych o brzeg falach oceanu. Delikatny, relaksujący - nasze pożegnanie z wakacjami. Dziś patrzę na cierpiącego obok mnie Maćka i myślę, że "jak zachwyca, skoro nie zachwyca?" I słyszę syczenie męża i zadowoloną, rubaszną Tajkę która nie z troską pyta "Pain? Pain?", lecz po to, by jeszcze mocniej wbić w zbity mięsień swoje magiczne palce. Ja cierpię i Maciek cierpi. Babki rechoczą. Po dwóch godzinach tortur ledwo wybudzam Maćka z błogostanu. I jego i mnie zachwyca. I każdy mięsień zachwycony prosi o więcej. I jak pomyślę ile energii potrzeba by wymasować wielką blondynę, to mnie zachwyca ich siła i troska o moje ciało. Mogły przecież nas wymasować tak, by nie bolało. 

poniedziałek, 14 lipca 2008

MUCHsli





Znowu leze poparzona sloncem, tym razem od pasa w gore. Marzy mi sie wielka wanna jogurtu w ktorej moglabym sie zanurzyc po szyje. Maciek moglby posypac mnie wtedy chrupkami i zjesc na sniadanie jako znakomite MUCHsli.

Leze pod wielka palma, czytam, pisze i wspominam. Ubrana od stop do glow w wielkie gacie – slynne khmerskie spodnie pozyczone od Macka. Kupilismy je podczas shoppingu last minute w Siem Reap. Zaraz potem tuktukiem gnalismy na lotnisko, by udac sie w kierunku zupelnie nieoczekiwanej destynacji. Lot na wyspe Koh Samui okazal sie byc z przesiadka w Bangkoku, gdzie zostalismy uprzejmie poproszeni o zorganizowanie sobie wizy w ciagu 15 minut. Czy grozilo to spoznieniem na samolot za 300 Euro? Naturalnie. Panie jednak wzruszaly ramionami mowiac: ”What to do? What to do?”. Na nasze szczescie kolejka byla mala, a urzednicy czepiali sie tylko przez 5 minut o to, ze nie mamy zarezerwowanego hotelu na wyspie. Szczesliwi, wsiedlismy do tego samego samolotu co poprzednio, ale jakze bogatsi o nowe przezycie. Wiadomo przeciez, ze pospiech jest tym, czego nam w zyciu najbardziej brakuje.


Gdy dotarlismy na Samui, kraj usmiechu znowu nas nim powalil. Kobieta prowadzaca taksowke miala za dodatkowa oplata zatrzymac sie w kilku resortach, pozwalajac nam dokonac wyboru. Tymczasem z zimna krwia zostawila nas na totalnym pustkowiu, gdzie nie jezdzily nawet tuktuki. Usmiechnij sie. Jestes w ukrytej kamerze!
Czekalismy wiec z wielkimi plecakami i liczac, ze jakims cudem zlapiemy taksowke. Zaplacilismy za nia drugie tyle i dowiadzielismy sie przy okazji, ze na wyspie nie wlacza sie taksometru, bo benzyna jest podobno za droga. I wszystko jasne!

Na kolejnej plazy dostalismy pelna dawke kakafonii, oczoplasu od stroboskopow i neonow oraz pokoj w obskornym motelu Lucky Mother, gdzie mielismy zaszczyt byc jej lucky guests. W recepcji na placu budowy, tuz przy lezakach, gdzie spragnieni relaksu goscie oddawali sie tajskim masazom, opryskliwa i znudzona Lucky Mother siedziala rowalona na fotelu, skubiac przez caly czas slone orzeszki. Jej bungalow pelen byl kotow, ktore musialy jej wlazic na glowie, wyczuwajac chory organ.

Wieczorem poszlismy do McDonalda i bylo to naprawde najlepsze jedzenie w wesolym miasteczku, jakim jest "rajska plaza" Chaweng. Zamowilismy tez bez namyslu, niczym bilet do raju, miejsce na poranny prom w nadziei, ze zabierze nas tym razem na spokojna wyspe. Tego wieczora Maciej stal sie tez kobieta, ale jestem pewna, ze sam lepiej ode mnie to opisze.

I udalo sie! Jestesmy w uroczej zatoczce na wyspie Pha Ngan. Nie robimy absolutnie nic poza lezeniem na plazy, czytaniem, plywaniem i nurkowaniem (choc w moim przypadku narazie nic poza lezeniem w cieniu). Ludzie sa tu spokojni - atmosfera jakby nikogo nie bylo. I nawet dostrzegam czasem niesmialy usmiech oschlych, a moze po prostu zdystansowanych Tajow.

niedziela, 13 lipca 2008

In Cambodia it's like that




Wczoraj byl nasz ostatni dzien w Kambodzy i do samego konca Kambodzanie potwierdzali, ze sa "do rany przyloz" lub jak czule mowi o nich Ania - "sweethearts". Przedwczoraj poznym wieczorem zdalismy sobie sprawe z braku wentylatora w pokoju, bez ktorego trudno byloby nam spokojnie przespac noc. W jakimkolwiek z europejskich hoteli nocna zmiana w recepcji kazalaby poczekac z tym do rana, jednak nie tutaj. Dwoch takich usmiechnietych "sweethearts" w piec minut od zgloszenia, pukalo juz do naszych drzwi z wentylatorem i narzedziami, po czym spedzilismy razem pol godziny w ciemnosciach, smiejac sie wspolnie z prob jego zamontowania na scianie. Przy okazji dowiedzielismy sie, ze tydzien pracy w Kambodzy wynosi srednio siedem dni, zas w przypadku jednego z naszych nowych kolegow - 7 dni, przy 4 godzinach snu dziennie, gdyz zaraz po skonczonej "nocce" w hotelu idzie on pracowac na budowe. - In Cambodia it's like that - skwitowal krotko, choc trafnie swoj los.

Ich marzenia sa dla nas, wolnych i bogatych w porownaniu z nimi Europejczykow, Amerykanow, Australijczykow, bardziej kwestia wyborow zyciowych niz skrywanych pragnien. Recepcjonista chcialby miec 400 dolarow rocznie by pojsc na studia i zostac inzynierem, kelner - uzbierac 1000 dolarow na bilet do Kanady zas kierowca 3-kolowej taksowki - postawic jednopokojowy dom dla siebie, zony i dwojki dzieci.

Liczby z jednego z ostatnich wydan "Forum" tlumacza same za siebie taki stan rzeczy. 343 ministrow, 849 generalow, 30 tys. oficerow i 50 tys. podoficerow (na 15 tys. pozostalych zolnierzy!) utrzymuje sie ze srodkow budzetowych Kambodzy. Obrazy jakie widzielismy na ulicach samego tylko Siem Reap nie pozwalaja pozniej spac. Chociazby wtedy gdy wokol Leksusow lokalnych kacykow biegaja polnagie, brudne dzieci proszace o resztki z talerza, lub gdy niemal na kazdej ulicy zespoly muzyczne zlozone z ofiar min przeciwpiechotnych bez rak i nog, staraja sie godnie zarobic na zycie. Jedynie 10 z 40 dolarow jakie placilismy za wstep do swiatyn Angkor pozostaje w Angkor. Reszta "wyparowuje". Gdyby ktos mial watpliwosci gdzie, odsylam do statystyk powyzej.

Podobne sytuacje widzielismy juz kiedys na wlasnym podworku i co, i nic. Wielu Polakow nadal twierdzi ze kapitalizm jest beee, bo trzeba przeciez ciezko zapracowac na swoje, a chwale demokracji oddajemy 30-proc. frekwencja w wyborach. Do tego dochodzi polska martyrologia stosowana, w ktorej odczytujemy zrodel naszych obecnych nieszczesc grzebiac bez konca w przeszlosci - ze komuna, ze Niemcy, Rosjanie, II Wojna Swiatowa, bogaci co nakradli, Zydzi, zepsuty swiat Zachodu i bog wie co jeszcze... W Kambodzy Pol Pot i Czerwoni Khmerzy przez 20 lat wybili pol narodu, Amerykanie testowali niemal wszystkie rodzaje broni, a kraje oscienne na zmiane najezdzaly ja i pladrowaly. I co? I od Kambodzanskiego taksowkarza po skonczonej jezdzie uslysze "Niech Ci sie szczesci. Dziekuje, ze mnie wybrales!", a od polskiego na pytanie co nowego kraju - "Stara bida panie! Benzyna juz prawie po 5 zlotych, a w sejmie znowu sie piora!".

wtorek, 8 lipca 2008

"Sorry doesn't buy"




Na lotnisku upewniam sie u celnika czy aby na pewno jestesmy w Kambodzy. Pan niemilym burknieciem wskazuje na piekna pieczatke w moim paszporcie. I jest to ostatnie burkiniecie jakie uslysze w tym kraju. Kambodza zaskakuje pieknym i czystym lotniskiem w Siem Reap. Witaja nas usmiechnieci kierowcy tuk-tukow i taksowek. Ich skora jest o wiele ciemniejsza niz u Wietnamczykow. Maja tez silne i niepowtarzalne rysy oraz genetycznie wklejony usmiech. O tym, ze jeszcze 10 lat temu panowal tu rezim czerwonokhmerski mamy sie przekonac gdzie indziej niz w Siem Reap, ktore okazuje sie byc jednym wielkim Las Vegas, mekka rozrywkowej mlodziezy z bogatej Europy. Nasz piekny hotelik za 10$ lezy na szczescie w zacisznym miejscu, otoczony ogrodem pelnym kwiatow, drzew bambusowtych i oczek wodnych.

O 6h30 budzimy sie i cieszy mnie nie tylko calkowicie przespana noc bez koszmarow, ale przede wszystkim fakt, ze spadla mi temperatura i gardlo mniej daje sie we znaki. Naturalnie nie obylo sie bez konsekwencji ciaglej zmiany temperatury powietrza. Wchodzimy do samolotu - ziab, do taksowki - lodowka, a na zewnatrz 40 stopni i szok termiczny. Gotowi na kolejne wrazenia ruszamy na podboj Angkor. Nasz kierowca tuk-tuka Sei jest oczywiscie najmilszym pod sloncem czlowiekiem, niesmialym i wiecznie usmiechnietym. Mowi tez po angielsku jak wszyscy tutaj. Pozniej okaze sie, ze niektorzy mowia nawet po polsku, jak mala dziewczyna probujaca sprzedac Mackowi wielkie spodnie-majty w stylu khemrskim.

Angor przechodzi nasze najsmielsze wyobrazenia. Swiatynie powalaja swoim majestatem i wprawiaja w zadume najmniej romantyczne dusze. Nie sposob przejsc obok nich obojetnie nie wyobrazajac sobie jak wygladalo Imperium dziewiec wiekow temu. Angkor Thom liczyl juz wtedy milion mieszkancow, podczas gdy Londyn byl malym Leborkiem liczacym zaledwie 50 000 ludzi. Podrozujemy tak od swiatyni do swiatyni, zauroczeni atmosfera miejsca. Wokol jest tylko piekna przyroda, a inni turysci o dziwo staraja sie ja szanowac.

Na obiad zapraszamy Seja do restauracji do ktorej nas zawiozl, ale on stanowczo i z usmiechem odmawia. Wychodzac do toalety, ktora znajduje sie na podworku, zauwazam male plastykowe krzeselka i prymitywna, lecz dobrze nam znana kuchnie. Wracajc do tuk-tuka zagaduje Seja i pytam czy nastepnym razem nie mozemy zjesc wlasnie w tym miejscu, a nie w snobistycznej restauracji. Na to on wzdycha i konspiracyjnym tonem oznajmia : "Usiadzcie. Musze wam cos powiedziec". Okazuje sie, ze Sej i jego odpowiednicy dostaja obiad gratis, gdy przywioza tutaj turystow. Jego szczerosc i prostolinijnosc rozbrajaja nas i smiejac sie wszyscy troje ruszamy dalej w droge.

Na sciezce prowadzacej do kazdej swiatyni rytm wybijaja mantry proszacych dzieci. Kazde z nich pragnie sprzedac nam cos za dolara, cos czego naturalnie wlasnie teraz nie potrzebujemy. Bieda najubozszych w Kambodzy nie snila sie nam Europejczykom w najgorszych koszmarach. Staramy sie wiec milo dziekowac za milion kolorowych chust, przewodnikow i spodni, a i tak dajemy sie nacignac na jakies kilkanascie dolarow. Nawet nie patrzymy im w smutne oczy. Jest to widok lamiacy serca. Czasem udaje sie zagadac jedna lub dwie osoby i wtedy dowiadujemy sie ciekawych rzeczy od gadatliwych i przyjacielskich sprzedawcow. Wiekszosci jednak przepraszajac dziekujemy. Na co slyszymy ich smutne: "Sorry doesn't buy".

poniedziałek, 7 lipca 2008

Sa bai di

Idziemy przez dzungle waska sciezka, ktora co chwile ginie gdzies w zaroslach. Jest nas osemka - my, czworo Szwedow, przewodnik o imieniu Tui i jego pomocnik Ed. Dzungla jest niemilosiernie parna i goraca. Na dodatek miliony roslin, kwiatow i drzew wyrzucaja w powietrze morze zapachow, co nas odurza i dodatkowo odbiera sily. Przez pierwsza godzine wypijamy polowe dziennego zapasu wody, ktora powinna nam wystarczyc na 7 godzin marszu. Trudno sie jednak powstrzymac gdy organizm jak szalony wypaca litry wody probujac sie schlodzic. Nasza nierozwage ratuje fakt, iz we wsi w ktorej zatrzymujemy sie na lunch jest maly sklepik. Maja tu nawet Coca-Cole, przyniesiona w koszu na plecach z Luang Prabang, ktore jest juz 3 godziny marszu za nami. Cena, pol dolara za puszke wydaje sie byc smiesznie niska w porownaniu z trudem wlozonym w przytachanie jej tutaj.

Dzieci, ktore zbiegly sie juz na nasze przybycie, podekscytowane zabieraja od nas puste puszki i butelki, jakby byly to co najmniej najlepsze zabawki, ktore przynosimy im w prezencie. Wies jest niemal opustoszala nie liczac kur, kaczek i dzikich swin, ktore biegaja swobodnie pomiedzy domami. Dorosli juz od 7 rano przez srednio 12 godzin pracuja na polach ryzowych. Tak przez 7 dni w tygodniu, przez wieksza czesc roku - wszystko po to by zaspokoic absolutnie elementarne potrzeby.

Nikomu z nas nie chce sie isc dalej. Duchota troche opadla, ale za to z nieba leje sie zar. Na dodatek jedzenie jak zawsze rozleniwia. Przed nami drugie tyle drogi, tyle ze polaczonej ze wspinaczka. Ta czesc Laosu jest najbardziej zroznicowana pod wzgledem uksztaltowania terenu. Dzungla porasta niewysokie gory, poprzecinane wawazami, w ktorych wija sie rzeki i strumienie wpadajace pozniej do pobliskiego Mekongu. Calosc sprawia wrazenie rajskiej, choc nieprzystepnej krainy.

Slonce nie przestaje palic przez caly czas podchodzenia pod gore. Ani kreci sie w glowie z goraca. Mi plecak z aparatami wpija sie w ramiona, a spod niego splywa splywa rzeka potu. Czy aby na pewno musialem to wszystko brac ze soba? Musimy przyspieszyc bo w dali za nami zaczyna grzmiec i zbieraja sie deszczowe chmury. Nagle las rozbrzmiewa ogluszajacym dzwiekiem cykad, ktore obwieszczaja wszystkim zblizajaca sie monsunowa sciane wody. Chwile pozniej dociera do nas powiew orzezwiajacego wiatru. Kilka kilometrow od nas, po prawej stronie juz pada - szare smugi deszczu widac teraz wyraznie na tle soczystej zieleni tropikalnego lasu. Cykady juz ucichly. Znowu przyspieszamy. Do wioski docieramy tuz przed zapadnieciem zmroku, okolo godz. 19. Znow witaja nas machajace dzieci, wykrzykujac "Sa bai di", laotanskie "Dzien dobry", wypowiadane niezaleznie od pory dnia.

Wies jest duza, liczy jakies 80 domow. Nasz gospodarz, jak sie pozniej dowiemy - szef wioski, jako jedyny mieszka z rodzina w czesciowo murowanym domu. Reszta mieszkancow moze sobie pozwolic najwyzej na drewniany lub bambusowy dom na palach. Wlasnie w takiej "szopie" spimy tej nocy. Prowizoryczne pokoje, oddzielone od siebie jedynie bambusowa mata, skladaja sie z cienkiego materaca, koca i moskitiery opadajacej na lozko. Nie ma swiatla. Na cale szczescie wzielismy jednak latarke. Na kolacje jest tradycyjna laotanska zupa warzywna, ryz z warzywami i wieprzowna, a na deser ananas. Cudownie dopelnia smaku delikatne "Lao beer". Tropikalna ulewa, z ktora scigalismy sie na szlaku, dociera do wioski po koniec kolacji. Problematyczne staje sie nagle dotarcie do toalety po drugiej stronie drogi. Rezygnujemy wiec z mycia zebow tego wieczoru.

Wies budzi sie do zycia ok. 5 rano. Chor kogutow chyba przez godzine obwieszcza, ze to juz rano. Przyciskam glowe mocniej do poduszki, ale u sasiadow na caly regulator gra juz telewizor, a do "pokoju" przez szpary w scianach i podlodze dociera zapach paleniska i smazonego ryzu. Kusi mnie by wyjsc i sfotografowac budzaca sie do zycia wies, poki wiekszosc mieszkancow wyjdzie w pole. Zmeczenie poprzedniego dnia oraz perspektywa kilkugodzinnego marszu wzmagaja jednak poczucie sennosci. Zasypiam znowu plytkim snem.

Na sniadanie sa juz tradycyjnie dla nas w Azji jajka sadzone na grubej warstwie oleju. Jakos bowiem nie moge dac sie przekonac do zasmazanego ryzu lub makaronu o tej porze dnia, choc ze studenckich czasow pamietam, ze co niektorzy potrafili odsmazac rano kopytka na sniadanie.
Nocna ulewa zamienila dzungle w bagno. Zaczynam zalowac, ze nie ubralem butow trekkingowych bo sandaly slizgaja sie po wszechobecnej mazi. Zmieniam jednak zdanie gdy Peter, jeden ze Szwedow, gubi w blocie but i zostaje w samej skarpetce. Ania podenerwowana co chwila spryskuje stopy srodkiem na pijawki po tym jak jedna wygryzla jej wczoraj gustowna dziure w stopie, z ktorej nie moglismy zatamowac krwawienia. Las sie konczy i wychodzimy na polane. Na niej stoi z dziesiec bambusowych domow, wokol ktorych standardowo juz drepcze caly zwierzyniec. Jakies dzieci bawia sie wrzucajac kury na dach domu. Ptaki pieja oglupiale nie wiedzac jak zejsc. Nagle jak zjawa staje przed nami pol-nagi mezczyzna. Wymieniamy spojrzenia, usmiechamy sie, staramy sie jak zwykle przelamac nielatwe pierwsze lody. On jednak siada w kucki troche zawstydzony, jakby chcial sie przed nami schowac i ukryc brudne strzepy ubrania. Czlowiek zmuszony jest zredefiniowac pojecie ubostwa gdy widzi takie miejsca. Piec kur, kazda o wartosci 5 dolarow to najwiecej na ile moze sobie pozwolic przecietna rodzina. Swinia nie bez powodu oznacza w chinskim kalendarzu bogactwo - 30 dolarow to juz majatek. Krowa - 200 dolarow - nie widzielismy w tej wsi ani jednej...

Na nocleg docieramy ok. 16. Dla zabicia czasu gramy z Andreasem w pilke z chlopakami ze wsi. Nasz przewodnik twierdzi tymczasem, ze nikt nie chce nam sprzedac kury na kolacje. Tym razem jednak zaczynamy podejrzewac, ze to on dorabia do pensji oszczedzajac na jedzeniu. Po raz kolejny dostajemy wiec na kolacje kilka tlustych kawalkow wieprzowiny z grzybami i zupe warzywna. Do tego kleisty ryz, ktory je sie lepiac z niego kulki palcami i maczajac w sosie. Ananasow tez podobno zabraklo. Noc jest parna i niespokojna. Spimy wszyscy razem obok siebie na podlodze pokoju oddzieleni jedynie moskitierami.

Poranne "deja vu": koguty za oknem, grajacy telewizor (tyle ze juz w pokoju, w ktorym spimy), zapachy z kuchni i burzliwe rodzinne dyskusje od 6 rano. Ania spi jak zabita. Spogladam na nia z zazdroscia. Im blizej konca podrozy, tym mniej jedzenia. Na sniadanie jest juz tylko kleisty ryz, ktory maczamy w piekielnie ostrym chilli. Do tego kawa instant 3 w jednym.

Obok wsi przeplywa jeden z doplywow Mekongu i to nim mamy wrocic do Luang Prabang. Furgonetka z kajakami dociera na miejsce ok. 10 rano. Krotki kurs bezpieczenstwa, kamizelki i juz plyniemy. Obaj przewodnicy znikaja nam szybko z pola widzenia, choc podobno mielismy sie wszyscy trzymac razem. Peter z Sophia wywracaja dla zartow swoj kajak, Frida wyskakuje ostentacyjnie do wody. Przewodnikow jak nie bylo, tak nie ma.
Widoki przyprawiaja nas o zawrot glowy. Rzeka plynie leniwie pomiedzy wzgorzami porsnietymi tropikalnym lasem. Gdy przestajemy wioslowac, slyszymy ptaki w nadbrzeznych mokradlach.

Na zmiane pada cieply deszcz i wychodzi slonce. Przyplacimy to pozniej poparzeniem, jednak kto by sie teraz tym przejmowal...

środa, 2 lipca 2008

May I have you?


Na poczatek mala errata. To nieprawda, ze prawie nikt nie mowi w Tajlandii po angielsku. Jest to jednak angielski, ktory odbiera czasem mowe. Dzwoniac na recepcje hotelowa pan natychmiast stawia nam bardzo konkretne pytanie: "May I have you?" na ktore nie bardzo wiadomo co odpowiedziec. Na szczescie i tu mamy duze doswiadczenie. Badzmy szczerzy, angielski w Brukseli to raczej 'pigeon english', a nie wielka literatura. Moja szefowa np. przed kazdym imieniem czy nazwa panstwa dodaje rodzajnik okreslony "the". Gdy the Ania i the Maciek opuszczaja the Belgium, przestawiaja sie natychmiast na jezyk prosty i "to the point". Sami zapozyczamy slowotworstwo od taksowkarzy mowiac, ze bedzie tylko "one go" :) I nie szokuje nas juz usmiechnieta stewardessa, ktora nachyla sie pytajac: "What do you want?", a w wersji bardziej kulturalnej "What do you want, Sir?". Podobnie z serdecznym : "Get out of the car" lub rozbrajajacym "Buy for me please". Na calym swiecie ludzie ucza sie angielskiego z telewizji. Nasze slownictwo i styl zaleza od filmow jakie ogladamy- action, romance czy comedy :)

Dzis czas sie dla nas zatrzymal. Jestesmy w Laosie, otoczeni totalna dzicza. Mieszkamy w malowniczym miasteczku Luang Prabang z ktorego chcemy zrobic wypady na trekking i nocowac w gorskich wioskach mniejszosci etnicznych. W tej czesci Laosu Nowa Zelandia, Unesco oraz miasto Prabang chroni tutejsza kulture dotujac ekoturystyke. Jest to niesamowity sposob na podrozowanie, gdzie turysci staraja sie nie zaklocac zycia tubylcom, a i oni w zwiazku z tym nie sa nachalni i nastawieni na czysty zysk. Poza tym Laotanczycy sa skromni, usmiechnieci i wyciszeni. Maja wspaniala kuchnie i sa bardzo goscinni. Dopiero dzis czuje ze jestem na wakacjach. Zdjelam zegarek, buty przed kawiarenka internetowa (taki zwyczaj jak polskie malomiasteczkowe proszenie o sciaganie butow ;) oba staram sie wiec szanowac) i czuje jak laza po mnie i podgryzaja male mrowki.

Jest bosko. Czasem tylko przeszywa mnie dreszcz na wspomnienie ksiazki, ktora widzialam w ksiegarni w Bangkoku - "Zycie bez jutra". Niewinna kobieta, ktora dostala 20-letni wyrok pozbawienia wolnosci, gdyz wrzucono jej do torby na lotnisku narkotyki. Od 2004 odsiaduje wyrok w najgorszym z mozliwych wiezien w Indonezji.
Kiedy w samolocie wreczono nam formularze do odprawy celnej, na chwile stanelo mi serce. Kara smierci za posiadanie, przemycanie czy handlowanie narkotykami!!!!

Na koniec cos dla Magdy M. i nie tylko. Fallusy wedlug znajomej stragarki Tajki przynosza szczescie i pieniadze :))) Zbieram zamowienia na drewniane, do postawienia na telewizorze od tych, ktorzy sa zainteresowani. Pani gwarantuje natychmiastowe dzialanie.

I na sam koniec. Szczesliwa przyszlosc w Tajlandii kosztuje tylko 600 Bathow. :)

wtorek, 1 lipca 2008

Ayutthaya

Wyrwalismy sie dzis w koncu z Bangkoku. Musielismy tu zostac jeden dzien extra, bo samolot do Laosu wylatuje dopiero w srode, a wczoraj akurat dopadl nas drobny kryzys zwiazany z tym miejscem. Bangkok to dzungla. Mamy wrazenie, ze 12 milionow ludzi mieszka tu na sobie, zadeptuje sie, rozjezdza, tyle ze robi to z niesamowitym sobie buddyjskim spokojem. Prawdziwa to odmiana w stosunku do Belgii, gdzie dla wiekszosci brukselczykow dzien bez pyskowki to dzien stracony, przy czym kazda okazja jest dobra - sklep spozywczy, szewc czy srodek skrzyzowania...

Wracajac jednak do tematu - wyrwalismy sie dzis z wielkomiejskiego huku klkadzisiat kilometrow na polnoc do Ayutthaya, starej stolicy Tajlandii, pozwiedzac pozostalosci swiatyn z XIV w. Ania znanym jak zwykle obiecala, ze nas obudzi po czym wylaczyla rano wszystkie budziki i poszla dalej spac. Poranek byl wiec napiety, tak pod wzgledem szybkosci jedzonego sniadania jak i naszych relacji, przy czym i jedne i drugie dawaly jeszcze znac o sobie w pociagu. Rozluznienie na obu plaszczyznach nastapilo dopiero po znalezieniu dworcowej toalety w Ayutthaya. Z przykroscia musze tutaj nadmienic, ze tajskie jedzenie poki co mi nie sluzy :-(

Swiatynie zrobily na nas oszalamiajace wrazenie, a sa jak sie okazuje jedynie przedsmakiem tego, co czeka nas w Ankor Wat (oba kompleksy pochadza z czasow gdy Khmerzy panowali na obszarze od Kambodzy po Birme). Swiatynie burzono i odbudowywano na przestrzeni wiekow kilkukrotnie. Niektore same sie walily (takze po kilka razy), bo przekrzywiaja sie niemilosiernie. Mieszkancy Pizzy, dumni ze swojej wiezy, nabawiliby sie pewnie kompleksow widzac takie cuda. W tych ze swiatyn, ktore nie chyla sie jeszcze ku upadkowi po dzis dzien mieszkaja ubrani na pomaranczowo buddujscy mnisi. W tych tez swiatyniach spedzilismy najwiecej czasu robiac dokladnie to samo co patrzacy na nas z wysoka posagowy budda - czyli siedzac albo lezac na czerwonym dywanie. Spokoj i przytulnosc jaka tam panuje trudna jest do opisania i raczej jeszcze trudniejsza to napotkania w kosciolach chrzescijanskich. Laczy je pewnie ten sam Bog oraz kojacy chlod uderzajacy w twarz od progu gdy z nieba leje sie zar.

Wracamy do hotelu, bo musimy jutro wstac o 6. Tym razem ja nastawiam zegarki i ja ich pilnuje, bo przegapienie samolotu to troche wiekszy klopot niz pociagu osobowego.